1 lipca 2017 roku w życie wejdą przepisy o blokowaniu zagranicznych stron bukmacherskich, jednakże już od 1 kwietnia wiele firm postanowiło wycofać się z polskiego rynku. I nie jest to bynajmniej prima aprilis.

Tylko dla straceńców

Tym samym bukmacherka dołączy Forexu czy takiego wynalazku jak opcje binarne, gdzie gracze są na straconej pozycji i praktycznie pozbawieni są szans na wygraną.
12 procentowy haracz od samej tylko gry, pobierany od każdej stawki z góry, nie oznacza jeszcze strat po stronie gracza. Jednak by utrzymał się on na powierzchni, musi on uzyskać Yield 13.64%, by wyjść na swoje. Aby gra miała (zarobkowy) sens, gracz musi wypracowywać Yield na poziomie 17-18 procent. Od czasu do czasu jest to możliwe, ale ja nie znam żadnego gracza, który mógłby się takim wynikiem pochwalić w dłuższym terminie, choćby 1 roku. Samemu mi się to nie udaje, choć uważam się za dobrego i doświadczonego gracza.
Proszę mieć to na uwadze, nim zdecydujecie się grać u ‘legalnych’ bukmacherów.

Nie tak dawno NIK na swojej stronie internetowej zamieściła komunikat o ochronie nieprofesjonalnych uczestników rynku walutowego Forex, gdzie można przeczytać, że 80 procent grających traci tam ogromne pieniądze. Mam powody, by przypuszczać, iż dane te są mocno zaniżone, a liczba grających, którzy dokładają do ‘interesu’ jest wyższa niż 95 %.
A przecież tam nie ma 12 procentowego haraczu, a podatek odprowadza się od tylko i wyłącznie od osiągniętego zysku.

Jaki procent grających u legalnych bukmacherów będzie tracić pieniądze? Proszę pomyśleć i odpowiedzieć sobie na to pytanie!

Jak już pisałem wcześniej, wiele firm bukmacherskich postanowiło się wycofać z polskiego rynku od 1 kwietnia. Obawiam się, że lista ta będzie się wydłużać. Jest to dla mnie dziwne, że niektórzy bukmacherzy właśnie teraz decydują się na taki krok (a nie zrobili tego wcześniej, jak choćby Ladbrokes). To, że ich strony będą w Polsce blokowane, to jeszcze nie powód, by podejmować tak radykalne kroki.

Sądzę, że część z tych firm, wycofuje się po to, by ubiegać się o polską licencję, co być może niektórych graczy nawet ucieszy, ale powodów do radości nie ma!
Unia Europejska w założeniu miała stanowić jednolity rynek, gdzie obowiązują jednolite przepisy, ale – jak pokazuje życie – są to marzenia ściętej głowy. W Polsce doświadczamy tego na co dzień – i doświadczymy tego także w odniesieniu do zakładów bukmacherskich.

Taka ustawa hazardowa, a w szczególności takie warunki gry, nie tylko odstaje od tego, co obowiązuje w wielu krajach Europy, ale nie ma prawa sprawdzić się na dłuższą metę. Jestem na 100% przekonany, że tak będzie! Szkoda tylko, że przed tym trzeba najeść się g….a, by się o tym przekonać.

Obstawianie zakładów na takich warunkach, jakie proponuje Polakom ustawodawca, uważam kompletny bezsens

Szansa na zarobki jest znikoma. Lepiej wybrać się do kasyna i pograć w ruletkę. Kasyno ma przewagę nad grającymi, ale w ujęciu procentowym jest to przewaga 10-krotnie mniejsza niż w zakładach bukmacherskich. A jak ktoś już koniecznie chce obstawić jakiś mecz, to najlepiej udać się do najbliższego punktu naziemnego i zrobić to anonimowo.
Od czasu do czasu można wygrać jakąś sumkę, nie trzeba nigdzie się rejestrować.

P.S.
Zastanawiam się na dalszym sensem prowadzenia bloga. Uważam, że byłoby to nieuczciwe z mojej strony, gdybym pisał teraz o zarobkach z obstawiania zakładów, gdy – przy takich warunkach gry – samemu ich nie osiągam progu opłacalności, czyli Yieldu17-18%
Oprócz tego mam kłopot z prowadzeniem bloga, gdyż ciągle mam zablokowaną możliwość dodawania rysunków, a i z wpisami pojawiają się kłopoty. Nie wiem, co jest tego przyczyną, ale nie potrafię sobie z tym poradzić.

Ale póki co zamierzam śledzić rozwój sytuacji.

Czy uda się zmusić Polaków do gry u ‘legalnych’ bukmacherów?

Gracze mieszkający w Polsce łatwo nie mają, gdyż obowiązująca ( jeszcze ) ustawa hazardowa nakłada na każdego haracz, który należy oddać państwu, jeśli chce się być w zgodzie z prawem ( czytaj: grać u ‘legalnych’ bukmacherów ).
Nowa ustawa, która wkrótce wejdzie w życie, niczego w tej kwestii – niestety – nie zmienia.
Słowo ‘legalnych’ celowo umieściłem w cudzysłowie, gdyż poza granicami RP ‘nielegalni’ działają w zgodzie z obowiązującym tam prawem.

Uważam, że podatki należy jak najbardziej płacić, ale z drugiej strony samo obstawianie zakładów musi odbywać się na zdrowych, normalnych zasadach

A tak nie jest, bo nigdzie nie oddajemy części ciężko zarobionych pieniędzy za samą chęć uczestnictwa w grze lub inwestycji.

Konieczność oddania państwu 12 procenta stawki – ot tak, na dzień dobry – przechodzi wszelkie wyobrażenie. Z czymś takim powinni walczyć wszyscy, nie wyłączając ‘legalnych’ bukmacherów. Wszak to jest jakaś paranoja.

W praktyce gracze oddają więcej niż 12 procent

Od każdych 100 złotych potrącane jest 12 złotych, a tym samym typer gra za 88 złotych. By teraz wyjść na swoje, nie wystarczy zarobić 12%, bo 12% od 88 złotych, to tylko 10.56 zł
Po zsumowaniu 88 + 10.56 wychodzi 98.56 zł, a więc gracz jest nadal na minusie!
Gracz musi zarobić 13.64% po to, by dostać to, co wpłacił do ‘legalnego’ bukmachera. Ale bukmachera specjalnie to nie interesuje…

Konsekwencje dla graczy są jednak bardzo przykre, bo przy takim obciążeniu osiągnięcie zysku graniczy z cudem!

Wystarczy spojrzeć na opisywany przeze mnie wcześniej Yield, czyli stosunek zarobionych do zainwestowanych pieniędzy.
Na palcach jednej ręki można policzyć graczy, którzy mogą pochwalić się Yieldem większym niż 13.64 w skali roku.
W wielu konkursach typerskich i na forach za guru robią ludzie, którzy osiągają Yield 5%.

Wracając do tytułowego pytania: Czy uda się zmusić Polaków do gry u ‘legalnych’ bukmacherów – niech każdy spojrzy w lustro i odpowie sobie na nie.

P.S.
Mam problem z blogiem, gdyż od jakiegoś czasu nie mogę zamieszczać żadnych obrazków, a oprócz tego występują duże problemy z publikacją wpisów oraz z komentarzami.
Chciałem przenieść się na blox.pl, ale szybko dostałem bana, gdyż rzekomo łamię tamtejszy regulamin. Nie wiem, co dalej…

Stówa dziennie… ale nie codziennie

Jeden z czytelników napisał do mnie, że fajnie by było zarabiać po 100 złotych codziennie w zakładach sportowych. Gdyby mu się to udało, to nie musiałby pracować.

Stówa dziennie jest nawiązaniem do tytułu mojego bloga.

Nigdy nie pisałem, że codziennie zarabiam 100 złotych, bo byłoby to nieprawdą. Choćby z tego powodu, że są dni, kiedy nic nie obstawiam. Poza tym taka regularność w grach pieniężnych jest po prostu niemożliwa. Czasem udaje się zarobić i to kwoty wyższe, ale czasem muszę dołożyć do interesu. Tak to działa.

Jeśli jednak spojrzymy na to w szerszym horyzoncie czasowym, to cel jest jak najbardziej realny i może go osiągnąć każdy średnio zaawansowany gracz, który potrafi rozsądnie rozporządzać posiadanymi środkami i nie podnieca się niby-okazjami.

W skali miesiąca wychodzi 3.000 złotych i w ten sposób proponuję patrzeć na zakłady.

Należy starać się jak najczęściej ‘dosypać coś do puli zysków’ – pamiętając ciągle, że każdy zakład może skończyć się przegraną. Średnio trzeba ugrać… stówę dziennie.
Nie każdy zakład musi być o stówę ani… za stówę. Jeśli grasz za 100 złotych po kursie 1.45, to więcej niż 45 złotych nie wygrasz.

Można sobie postawić niższy cel, np. 900 złotych zysku w skali miesiąca. Wtedy ‘norma dzienna’ wyniesie 30 złotych. Ważne by ten cel mieć, bo bez tego ani rusz!

Najwięcej spotkań jest w ciągu weekendu ( mam na myśli piłkę nożną ) i w tym czasie zawieranych jest najwięcej zakładów. Ma to swoje plusy, ale też sporo minusów i na tych drugich się skupię.
Przy dużym wyborze potencjalnych spotkań do gry, trudno o dobrą analizę – i co za tym idzie – właściwy wybór. Analizy często są bardzo powierzchowne, a sam urodzaj meczów powoduje, że obstawiamy zbyt dużo spotkań. Jakie są tego skutki, powinien sobie odpowiedzieć każdy typer.

Weekend nie jest dobrym okresem do gry, bo wtedy mamy dużo spotkań rodzinnych lub towarzyskich, różnego rodzaju imprez czy nawet wypadów za miasto. W takich warunkach trudno skoncentrować się wyłącznie na grze. Kolejnym mankamentem jest to, że nie zawsze mamy możliwość skontrowania zakładu na żywo czy zrobienia greena na giełdzie.
Powszednie dni tygodnia są pod tym względem dużo lepsze, choć z doświadczenia wiem, że także lekceważone przez wielu typerów. Gdy meczów jest mało, to wstępnej analizie zostaje ich co najwyżej kilka. Możemy spokojnie się im przyjrzeć i przeanalizować. W ciągu tygodnia z reguły nikt nam nie przeszkadza, więc obstawiony mecz możemy kontrolować na żywo, a często też oglądać. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, jakie to ważne.

Mała ilość spotkań daje nam też lepszy wgląd w to co dzieje się na innych boiskach, a dokładnie w tych meczach, których nie obstawiliśmy. Czasem dzieją się tam ‚fajne’ rzeczy, które możemy zagrać na żywo i nieźle zarobić.

To już jest koniec

Wpłacasz 10 000 złotych do banku, a ten od razu potrąca sobie 1 200 złotych
– To podatek obrotowy wynoszący 12 procent – informuje pani w okienku. Kolejne 10% bank potrąci od kwoty powyżej 2 280 złotych, jeśli jakimś cudem uzyskasz taki dochód. A nie jest to wcale łatwe, gdyż bank ma swoje marże, które wynoszą od kilku do kilkunastu procent.

Ta mrożąca krew w żyłach historyjka wcale nie jest daleka od prawdy

Wystarczy tylko słowo ‘Bank’ zamienić na ‘Legalny bukmacher’ i jesteśmy w… Polsce.
Albowiem takie warunki ‘gry’ oferuje Polakom nowa ustawa hazardowa, którą właśnie podpisał Pan Prezydent.
Ma ona ograniczyć szarą strefę, ale jej nadrzędnym celem jest to, by wpływy do budżetu znacząco wzrosły.

Jednego jestem pewien: gdyby takie warunki zaproponowano Polakom w bankach, biurach maklerskich czy w funduszach inwestycyjnych, to wszystkich klientów szybko by wywiało.
Takie warunki gry nie miałyby najmniejszych szans przejść na Forexie, a wszystkie kasyna poszłyby z torbami, gdyby przy wymianie gotówki na żetony potrącały sobie 12 procent.

Nie chcę być złym prorokiem, ale obawiam się, że ustawa prędzej zabije rynek zakładów sportowych w Polsce niż przyniesie dodatkowe wpływy do budżetu.

H2H

Posted: 28 Listopad 2016 in Bukmacherzy, Musisz wiedzieć, Poradniki
Tags: , , ,

Aktualna forma drużyn jest – moim zdaniem – najważniejszą częścią analizy bukmacherskiej. Od niej należy zaczynać.

Ale dziś będzie o statystykach H2H, czyli bezpośrednich meczach zespołów / zawodników

Wielu typerów zupełnie lekceważy statystyki bezpośrednich spotkań, co – moim zdaniem – jest dużym błędem.
Można powiedzieć, że ‘nie liczy się to, co już było, ale to co będzie’. Tyle tylko, że idąc tym tropem… nie byłoby co analizować. Bo co z tego, że z jednej strony mamy drużynę, która jest na fali i gromi wszystkich… ‘To już było i nie liczy się, ważne co będzie’ – można powiedzieć, nieprawdaż?
Ktoś inny znowu powie, że H2H nie ma sensu, bo przecież w obu drużynach grają teraz zupełnie inni zawodnicy. To prawda i nie zamierzam tego kwestionować.

Pamiętać należy, że analiza nigdy – ale to nigdy – nie da nam odpowiedzi na pytanie, kto wyjdzie zwycięsko z danego meczu, ile goli zostanie strzelonych, itp., itd.
Analiza ma dać obraz najbliższego meczu, ale samo spotkanie wcale nie musi przebiegać według określonego scenariusza. Zawsze jest ryzyko.

Analiza ma nam dać odpowiedź, co jest najbardziej prawdopodobne, ale jej ważniejszym zadaniem jest to, czy warto postawić pieniądze na rezultat spotkania, który sugerują kursy. Analizujemy nie po to, by postawić na faworyta, ale po to, by określić, czy tak warto stawiać, jakie jest ryzyko wpadki. Gdyby faworyci zawsze wygrywali, obstawianie byłoby proste.

Statystyki H2H – podobnie jak inne – nie dadzą nam odwiedzi, ale mogą być niezwykle cenną wskazówką

Większość drużyn ma swój styl, który potrafi odróżnić nawet mało doświadczony typer. Dotyczy to ( w piłce nożnej ) w jednakowym stopniu drużyn klubowych, jak i narodowych. Inaczej gra Anglia, inaczej Hiszpania, a jeszcze inaczej Brazylia czy Włochy. Nie trzeba wielkiego znawcy, by odróżnić Real od Barcelony, Liverpool od Arsenalu, a na rodzimym podwórku Legię od Wisły. Oczywiście każda z tych drużyn może być na różnym etapie – jedne będą na fali, inne akurat będą przeżywać kryzys.

Zawodnicy się zmieniają, ale styl nie aż tak bardzo

I jeśli teraz spojrzymy na statystyki H2H, to bardzo często doszukamy się tego, iż jedna drużyna drugiej nie za bardzo leży. Że są ‚zaklęte stadiony’, których od lat nie da się zdobyć, czy też rozgrywki, których dana drużyna jakoś nie może wygrać – mimo że na innym podwórku kosi rywala za rywalem.

Oczywiście takie argumenty można zlekceważyć, ale znacznie lepiej jest z nich skorzystać, jak np. wczoraj, gdy Barcelona grała z Realem San Sebastian i znowu nie potrafiła wygrać.
O ile różnice między niektórymi drużynami są łatwo dostrzegalne, to z drugiej strony odróżnienie niektórych drużyn od siebie jest bardzo trudne. Ale mimo tego, są drużyny, które nie leżą innym. I nie ma co tego kwestionować, tylko lepiej odwołać się do statystyk H2H.
Jeśli dana drużyna nie potrafi wygrać z inną od iluś tam lat, bądź wygrywa bardzo sporadycznie, to nie ma co tego lekceważyć, ale uwzględnić w analizie. Bo coś jest na rzeczy.

Kiedyś tani, prosty, bezpieczny i warty polecenia

Mowa o portfelu Skrill ( d. Moneybookers ).
Portfel ten cieszył się dużym uznaniem, gdyż pozwalał szybko przemieszczać pieniądze pomiędzy bukmacherami i grać po najwyższych kursach. Można też było wysłać pieniądze znajomemu – tanio, błyskawicznie, bez czekania na sesje Elixir i zaksięgowanie pieniędzy.

Ale to już zamierzchłe czasy

Dziś już tak nie jest, choć funkcjonalność konta i bezpieczeństwo pozostały…
Skrill został bowiem przejęty przez Optimal Payments, a więc podmiot, który jest także właścicielem konkurencyjnego portfela Neteller. Konkurencji już nie ma, jest monopol, choć nie taki, gdzie można
nabyć dobry trunek.
Skrill bardzo szybko wziął wszystko co najgorsze z Netellera – przede wszystkim zaś horrendalnie wysokie opłaty.
Gigantyczne podwyżki następują mniej więcej co pół roku i niewiadomo, czy to już koniec ;-(

Ostatnia miała miejsce 31 sierpnia 2016 roku:
Zasilenie konta kartą to 1.90%
( zwykły przelew bankowy jest co prawda darmowy, ale trwa od 3-5 dni )
Najgorzej jest jednak z wypłatami!
Przelew pieniędzy z konta Skrill na konto bankowe kosztuje 5.50 EUR ( przy obecnym kursie jest to ok. 25 złotych )
Nieco tańsza jest wypłata środków na kartę Visa, która kosztuje 3.95 EUR ( ok. 17.50 złotych )

Jeśli ktoś chce wypłacić 250 złotych, opłata wyniesie go aż 10%
Wypłata 500 złotych także jest nieopłacalna, bo to koszt 5%
Chcąc wypłacić pieniądze z konta Skrill, trzeba mieć czterocyfrową kwotę i to przynajmniej z ‚2‚ z przodu, by się opłacało.

Karta Skrill także nie rozwiązuje problemu.
Wydanie karty to 10 EUR, ale nie jest to jedyny koszt.
Wypłata kartą Skrill w bankomacie to 1.75%
Na to wszystko bardzo często nakłada się przewalutowanie, a to dodatkowa opłata 3.99%
Tym samym Skrill stał się już nieopłacalny dla mniej zasobnych w gotówkę graczy i oczywiście tych, którzy obstawianie traktują jako hobby.
Bogatsi gracze pieniądze zaś potrafią liczyć…

I choć Skrill ma się dobrze i twierdzi, że ‚nieustannie oferuje konkurencyjne rozwiązania płatnicze’, to coraz więcej jest takich, których to nie przekonuje.
Niektórzy próbują ominąć wysokie koszty, ale przy zmonopolizowanym rynku jest to trudne, lub wręcz niemożliwe.
Gdyby jeszcze środkami zgromadzonymi na koncie Skrill można było (bezpośrednio) płacić w sklepach internetowych.
Ale z tym jest bardzo licho, bo sklepy w Polsce praktycznie nie akceptują płatności Skrill, gdyż dla nich samych jest to nieopłacalne.
Choć może i jakieś by się znalazły, ale nie chodzi o to, by się dostosowywać, a swobodnie dysponować własnymi pieniędzmi.
Póki co środki na koncie Skrill można wykorzystać u bukmacherów lub brokerów Forex – z tym że w przypadku wygranej i tak wrócą one na konto Skrill.
Koło się zamyka.

Warto wiedzieć, że brak aktywności na koncie Skrill oznacza, że konto będzie co miesiąc obciążane opłatą w wysokości 2 EUR ( lub równoważną ).

Jeśli nie zamierzasz korzystać już z konta lub dojdziesz do wniosku, że stało się to nieopłacalne, po prostu je zamknij.
Lepiej poczekać aż pojawi się konkurencyjna alternatywa.

Strach przeszkadza zarabiać

Boimy się błędów jak morowej zarazy, gdyż wpojono nam, że ich popełnianie jest bardzo złe. Strach przed niepowodzeniem sprawia, że bardzo często zachowujemy się irracjonalnie. Unikamy sytuacji, które mogą polepszyć nasze życie czy choćby finanse. Z góry zakładamy, że podjęta decyzja nie tylko nic nie da, ale dodatkowo narazi nas na drwiny ze strony rodziny, przyjaciół czy też osób należących do tej samej grupy / społeczności. Na samą myśl o tym, że ktoś powie ‚nie trzeba było tak robić‚, rezygnujemy z wcześniejszych postanowień i działań.

Tymczasem wiara w sukces – czy to osobisty, czy finansowy – jest podstawą każdego osiągniętego celu. Bez niej ani rusz!

Przekonanie o sukcesie jest jednocześnie czynnikiem, który sprawia, że w ogóle ruszamy z naszymi planami. Bez przekonania z góry jesteśmy skazani na porażkę.

Jeśli chodzi o grę na giełdzie oraz inwestowanie w zakłady sportowe, to większość z nas boi się grać efektywnie, gdyż nie dysponuje wystarczającą widzą ani doświadczeniem. A nawet jeśli tak nie jest, to żyje w takim przeświadczeniu.
Zwróćmy uwagę, że wiedzę i doświadczenie można nabyć. Trzeba tylko chcieć i… ruszyć z miejsca.
Ale strach przed porażką paraliżuje i nieustannie trzyma z daleka od wymarzonego sukcesu.
Zdobycie wiedzy i doświadczenia nie przychodzi natychmiast, wymaga konsekwencji i uporu.

Świadomość inwestycyjna jest u większości graczy na bardzo niskim poziome, bo mało kto pracuje nad sobą, nie wierzy we własne możliwości – a nad wszystkim tym czuwa strach przed niepowodzeniem.

Łatwiej jest pójść po najmniejszej linii oporu

Większość woli umieścić swoje oszczędności na lokacie bankowej, ‚by przypadkiem nie stracić‚. A na to, że inflacja pożera ciężko wypracowane pieniądze, nikt nie zwraca uwagi.
A czy nie lepiej pozwolić pieniądzom pracować bardziej efektywnie?

Bukmacherka wciąż traktowana jest jako szybki i bezstresowy zarobek. W każdy weekend jest mnóstwo spotkań i niskimi i bardzo niskimi kursami. ‚Można więc bez trudu zgarnąć kilka procent‚.
Tyle tylko, że faworyci nie zawsze wygrywają, a niskie kursy także kończą się porażką.

Bukmacherka to nie lokata bankowa, zawsze może pożreć wszystko

I to wtedy, gdy zupełnie się tego nie spodziewasz.
Wszystkie gry pieniężne mają tę cechę, że tylko czekają na niefrasobliwie zainwestowane pieniądze.
Kto gra lub grał taśmy – ten doskonale o tym wie, że zawsze znajdzie się czarna owca, która zje nie tylko zakładany zysk, ale również – i przed wszystkim – stawkę.
Granie singli z bardzo niskimi kursami niczego nie zmienia, bo prędzej czy później faworyt zawiedzie, a to oznacza spore spustoszenie w naszym portfelu. Przecież nikt nie będzie grać kursu 1.05 za 2 złote!

Choć zakłady z niskimi kursami należą do stosunkowo pewnych, to zarobić na tym praktycznie się nie da

Jest to bowiem gra po najmniejszej linii oporu, a ci, którzy wybierają taką drogę, w najlepszym wypadku jedzą chleb ze smalcem.
Dodatkowo – niska świadomość inwestycyjna powoduje, że gracze po kilku trafionych (bardzo niskich) kursach, czują się bardzo pewnie. Grają va banque i… wszystko tracą.
Po najmniejszej linii oporu idą też ci wszyscy, którzy grają cudze typy – czy to darmowe czy płatne.
Jest to bowiem droga, która prowadzi do nikąd. Nie zdobywa się ani wiedzy, ani doświadczenia – a uzależnia się od innych.
To taki rodzaj bukmacherskiego niewolnictwa.

Korzystanie z płatnych typów również nie zaprowadzi Cię na finansowy Olimp

Nie rozwijasz się – to po pierwsze.
Płatne typy to wyższe kursy, ale też nie za wysokie.
Muszą przecież ‚wchodzić’, bo inaczej serwis nie znajdzie chętnych.
Polowanie na bonusy ma sens, ale pod warunkiem, że nie stanie się istotą gry.
Należy pamiętać, że zakłady bukmacherskie to ciężki kawałek chleba. Nikt nie daje tam pieniędzy za darmo.
Tak samo jak na giełdzie.

By zarabiać – trzeba być kimś, trzeba się nie bać

Zrobiłeś analizę, masz świetny kurs – to nie patrz na innych tylko graj!
Nie zawsze uda się trafić, ale warto być sobą i warto być wytrwałym.

Tam samo na giełdzie