Co, gdzie, kiedy?

Często znajomi mnie pytają: co kupić, w co najlepiej zainwestować?
Czasem także: gdzie najlepiej kupować?
Nie zdarzyło mi się jeszcze, by ktoś zapytał, kiedy kupować, a jest to pytanie najistotniejsze. Pytanie, które powinno pojawić się w pierwszej kolejności.

cztp

Czas to pieniądz

Nie ‘co’, nie ‘gdzie’, ale ‘kiedy’ to pytania najważniejsze. Zarówno na giełdzie, jak i w zakładach sportowych.
Wszystko ma swój czas.
Najlepsze kluby piłkarskie, takie jak Barcelona, Juventus, Bayern wygrywają większość meczów. Większość, ale nie wszystkie!
Słabiutkie kluby z reguły przegrywają, ale też nie zawsze.
Można powiedzieć, że każdy taki klub ma w rozgrywkach ligowych swoje pięć minut.
Podobnie jest na giełdzie.
Mamy okresy, kiedy akcje rosną, ale i takie (okresy), gdy akcje tracą na wartości.

Każdy zespół, każdy zawodnik, ale też każda akcja ma swój czas

I właśnie wtedy trzeba inwestować / grać!
Wystarczy spojrzeć na końcową tabelą, by zauważyć, że nikt nie zdobywa kompletu punktów.
Drużyny z czuba tabeli mają też w ‘dorobku’ remisy i porażki.
Drużyny z dolnych rejonów tabeli zawsze jakieś punkty zdobywają.

Błędem typerów jest bezmyślne obstawianie faworytów, bo każdy z takich zespołów ma w trakcie sezonu słabsze momenty.
I na odwrót – najsłabsze drużyny też ‘swoje’ muszą dostać.

Oczywistym jest, że im bardziej renomowany zespół, tym okres jego niemocy będzie krótszy.
I na odwrót – nie ma co liczyć, że słabe drużyny przez dłuższy okres będą punktować.
Ale warto o tym pamiętać i to… wykorzystywać.

Reguła ta ma także zastosowanie na giełdzie. Akcje dobrych firm również będą miały gorsze okresy, a słabsze spółki od czasu do czasu będą ‘hasać”.
Nie sprawdza się to w grach liczbowych, gdzie rządzą los i przypadek.
To, że liczba czy kolor nie pojawiła się przez dłuższy czas, nic nie znaczy.

Reasumując

Co: Nie inwestujemy w ‚byle co’ i czegoś takiego nie gramy!
Gdzie: Tam, gdzie oferują najlepsze warunki / kursy
Kiedy: Kiedy akcja / zawodnik / drużyna jest po ‚właściwej stronie mocy’ – że się tak wyrażę.

Powodzenia!

Kupuj tanio

Kupić tanio, sprzedać drogo – to istota handlu
Jest to reguła uniwersalna, mająca zastosowanie w tradycyjnym handlu, ale też w grze giełdowej, na giełdach zakładów (Betfair, Betdaq) oraz w zakładach bukmacherskich, gdzie należy powalczyć o jak najlepszy kurs.
Niektórzy zapominają o tym, by kupić ‚towar’ po najlepszej (możliwie) cenie, przez co ich zyski zostają później mocno uszczuplone.
W tradycyjnym handlu w kraju nad Wisłą mierni ‚kupcy’ szukają jeleni, którym usiłują sprzedać (wcisnąć) mocno przewartościowany towar po wygórowanej cenie.

Umiejętność kupowania tanio jest bardzo istotna

Pewna pani dowodziła ostatnio, że potrafi kupować tanio i tej sztuki trzeba się od niej uczyć.

Ja potrafię kupować i zawsze kupuję na przecenie, nawet 70 procent.

sale70

Przeceny‚ są nieodłączną cechą handlu w dużych sieciach, ale to wcale nie oznacza, że kupujemy tanio.
Zazwyczaj jest tak, że towar warty 20 złotych (przykład) wystawiany jest za 100 złotych.
Że niby markowy, luksusowy…
Ot, takie muzeum na początek dla oglądających i naiwnych.
Później ten towar jest przeceniany o 70%, a zatem kosztuje 30 zł
Okazja nie z tej ziemi!
Ale handlowiec i tak ma marżę 50%, więc o tanich zakupach nie może być mowy.
Idźmy dalej.
Jeśli się dobrze rozejrzeć, to dokładnie ten sam towar można kupić (w innych miejscach) dużo taniej – i nie trzeba czekać na żadną ‚przecenę’.

Skoro już jesteśmy przy liczbach

Jeśli akcja na giełdzie kosztuje 100 złotych, a później jej cena wzrośnie do 120 złotych, to inwestor zarabia 20% na czysto (prowizję pomijam).
Gdyby inwestor kupił akcję po 110 złotych, to jego zysk przy sprzedaży po 120 zł wyniesie 9.09%, czyli będzie więcej niż o połowę niższy.
Umiejętność kupna – jak pokazuje przykład – jest decydująca!
Jednak nie każda transakcja kończy się zyskiem.
Jeśli cena akcji spadnie do 95 złotych, to strata pierwszego inwestora wyniesie 5%
Drugiego natomiast w zaokrągleniu aż 13.64%
Z powyższych przykładów wynika, że to nie cena sprzedaży, a cena kupna jest istotniejsza

Wyobraźmy sobie teraz dwóch ulicznych handlarzy

Pierwszy kupił towar po 100 złotych i oferuje go po 108 złotych.
Drugi kupił ten sam towar po 110 złotych i oferuje go po 120 złotych.
U pierwszego jest ruch, klienci kupują.
Na drugiego patrzą z politowaniem i coś tam mówią o drożyźnie…

Jak więc kupować tanio?

Po pierwsze – nie pod wpływem emocji.
Po drugie – decyzje należy podejmować samodzielnie, a nie słuchać podpowiedzi pseudo-ekspertów czy pseudo-analityków.
Po trzecie – mierzyć siły na zamiary, czyli pamiętać o środkach przeznaczonych na grę, stawkowaniu w zakładach i dywersyfikacji w inwestycjach.
Po czwarte – kupno powinno być poprzedzone analizą (sportową, finansową), która da odpowiedź na pytanie: po jakiej cenie warto kupić, a w zakładach sportowych – po jakim kursie warto jeszcze grać.
Po piąte – mając ustaloną (swoją) cenę, kupuję za tyle (lub taniej) albo nie kupuję wcale.
W zakładach – gram po odpowiednim kursie albo nie gram wcale.

Jeśli dołożymy do tego kilka swoich zasad, które każdy uwzględnia przy zawieraniu transakcji, to mamy już prosty system transakcyjny, który później można doskonalić.

Ważne, by trzymać się zasad i nie naginać się, by coś koniecznie kupić czy zagrać

szansa

Czas przyniesie kolejne okazje, a na jednym meczu zakłady się nie kończą.

Wiele mówi się o bezpieczeństwie energetycznym naszego kraju, a kompletnie zapomina się o bezpieczeństwie finansowym (rozpatrywanym z perspektywy państwa).
Mam na myśli ochronę systemu finansowego przed destabilizacją, która może nadejść z zewnątrz – i pośrednio lub bezpośrednio uderzyć w instytucje finansowe państwa, a w szczególności w banki.

Większość banków działających w Polsce została ‚sprywatyzowana’ i znajduje się w zagranicznych rękach.
Polskimi bankami są Bank Gospodarstwa Krajowego, PKO BP, Bank Ochrony Środowiska, Bank Pocztowy i banki spółdzielcze.
Polski system bankowy na tle innych krajów jest w niezłej kondycji, ale jeśli zagrożenie przyjdzie z zewnątrz, to i tak nic go nie uratuje.

A zagrożenie jest ogromne i prędzej czy później nastąpi globalny krach

Już w 2008 roku cały (światowy) system bankowy mógł, a w zasadzie – powinien się rozpaść, ale został utrzymany przy życiu dodrukiem/kreacją pieniądza.
Zapobiegło to katastrofie, ale nic w kierunku naprawy i rozwiązania nagromadzonego problemu nie zostało zrobione.
O dodruku nie mówi się wprost.
Wmawia się ludziom, że są to działania nadzwyczajne – podtrzymujące wzrost gospodarczy, stymulujące gospodarkę, no i oczywiście zmniejszające bezrobocie.
Ludzie chcą właśnie to uslyszeć i dlatego… w to wierzą.
Najwięksi drukarze to USA, UK, Japonia i Europejski Bank Centralny (Euro)
Dodruk pieniądza to w istocie napaść na oszczędności zgromadzone przez obywateli.
System bankowy nadal jest tak niewypłacalny, a ‚pacjent’ żyje tylko dzięki kroplówce, ale jak długo?
W chwili obecnej dodruk pieniądza przekłada się na… wzrosty na giełdzie, gdyż właśnie tam (pośrednio) trafiają dodatkowe ‚pieniądze’.
Ale nadal – i to nie bez powodu – mówi się o upadku banków, o Bail-In, itp.

W razie kryzysu banki można zamknąć, a co z bankomatami?

bankomat

Właścicielami bankomatów są banki lub niezależni operatorzy, ale na uwadze trzeba mieć przede wszystkim organizacje płatnicze, zrzeszające wystawców kart płatniczych w ramach udostępnionego systemu płatniczego i towarzyszącej mu infrastruktury.
Na świecie przeważają trzy organizacje płatnicze: Visa, Mastercard i Union Pay.
W Polsce przeważająca większość kart wydana jest przez dwie pierwsze organizacje (z powyższej listy).
I kto wie, co może się stać…
Mówi się o toksycznych aktywach banków, o tym, że na progu bankructwa są m. in. banki włoskie, hiszpańskie, portugalskie, że Deutsche Bank może w każdej chwili ogłosić upadłość, że Austria wycofuje gwarancje dla depozytów bankowych…, ale ‚główne uderzenie’ może przyjść zza oceanu, co jest już zauważalne w kursie dolara, który systematycznie traci na sile.
Problemy z bankomatami miały już miejsce w Austrii i w Szwecji, co prawdopodobnie było związane z awarią systemu informatycznego.
Również Chińczycy mieli problemy z dostępem do swoich depozytów w bankomatach, ale również przez Internet i w bankowych oddziałach.
Podobno też zawinił system informatyczny, ale media społecznościowe donosiły o braku zaufania do systemu bankowego.
A warto wiedzieć, że Chińczycy mają jedną z najwyższych na świecie stopę prywatnych oszczędności na rachunkach bankowych.
W czasie kryzysu w Grecji i na Cyprze przed bankomatami ustawiały się ogromne kolejki.
Urządzenia zostały wyczyszczone z pieniędzy, wprowadzono dzienny limit wypłat 20 Euro.
Podobnie kłopoty występowały w innych krajach.
Do paraliżu bankomatów albo nawet całkowitego ich wyłączenia może dojść w każdym kraju.
Być może niektórym trudno to sobie wyobrazić.
(podobnie jak kilka dni bez komórek, Fejsbuka czy Internetu)
Ale jest to możliwe i prawdopodobne.
I choć starzy górale powiadają, że bankomatach nigdy nie zabraknie pieniędzy, bo wkrótce pojawią się urządzenia wyposażone w drukarkę do drukowania banknotów, to lepiej mieć w portfelu kilka zaskórniaków na czarną godzinę.
Bo a nóż ktoś zapomni o uzupełnieniu tuszu do drukarki lub innych komponentach🙂

Tani pieniądz, czyli jest jeszcze zaufanie do walut

drukasy

Mówi się, że pieniądz staje się – lub już się stał – bardzo tani. I w tym twierdzeniu jest dużo prawdy. W ujęciu globalnym jeszcze nigdy nie było tak niskich stóp procentowych. Banki centralne ‚mocno się starają’, pompując pieniądze w gospodarki, by wskrzesić wzrost. Pojawiły się zerowe, a nawet negatywne stopy procentowe, zwiększono skalę dodruku pieniądza i to na niespotykaną skalę. Wszystko to prowadzi do zniszczenia pieniądza i na dłuższą metę niczego dobrego nie zwiastuje.
Przyczyną jest rosnący dług, który osiągnął już takie rozmiary, że o spłacie zobowiązań mowy być nie może. Grozi nam skala masowych bankructw.

Rzeczywista inflacja, jaka temu towarzyszy, jest skrupulatnie maskowana

Warto wiedzieć, że jeśli mamy zerowe lub ujemne stopy procentowe, to przy inflacji rzędu kilku procent, wartość długu w stosunku do PKB spada. To trzeba obecnie pokazać, o to chodzi.
Efektem tychże działań jest to, że nasze oszczędności systematycznie się dewaluują, bo magia w finansach nie ma zastosowania i nic za darmo nie ma.
Ta bańka jednak prędzej czy później pęknie, a jej skutki będą opłakane.
Zorientowani inwestorzy już dziś dobrze o tym wiedzą.

Jeśli pieniądz jest tani, to dzieje się tak nie bez przyczyny

A jak coś jest tanie, to nie może być dobre, a pieniądz nie jest tu żadnym wyjątkiem.
W moim dotychczasowym rozumowaniu występuje jednak jeden zasadniczy błąd.
Używam bowiem terminu ‚pieniądz’, bo tak zwyczajowo nazywamy waluty (państw).
Różnica pomiędzy pieniądzem a walutą jest zasadnicza.

Waluta (jednostka monetarna) to nazwa pieniądza obowiązującego w danym państwie, która jest prawnie zadeklarowanym środkiem płatniczym.

I tak np. w Polsce jest to złotówka, a prawo do jej emisji posiada Narodowy Bank Polski.
Waluty winny mieć oparcie w wytworzonych dobrach materialnych lub – jeszcze lepiej – być oparte na standardzie złota.
W przeciwnym wypadku stają się tzw. pieniądzem fiducjarnym.
Fides to po łacinie wiara – stąd nazwa.

Pieniądz fiducjarny to waluta, która nie ma oparcia w dobrach materialnych ani w złocie, a jej wartość jest umowna i opiera się na zaufaniu ludności do emitenta.

Pieniądz fiducjarny jest emitowany przez banki centralne.

Wróćmy na chwilę do rosnącego powszechnie długu

Jeśli ów dług staje się zbyt wysoki i niemożliwy do spłacenia, to państwo ma dwie drogi:
– ogłosić upadłość
– dodrukować trochę pieniędzy, by mieć czym płacić.

W pierwszej kolejności każdy rząd wybierze drukowanie, bo nie grozi to zamieszkami, a w konsekwencji – zmianą ekipy rządzącej, a tak by się stało, gdyby państwo ogłosiło upadłość i zaprzestało wypłat.
Dodruk pieniądza nie zastąpi jednak reform strukturalnych i na dłuższą metę zostanie wykryty.
Nie przez wszystkich od razu, bo większość ludzi jest przekonanych, że nic złego stać się nie może i skoro dziś za 2 złote można kupić chleb, to i jutro będzie identycznie.
Ale przychodzi dzień paniki, w którym ludzie tracą zaufanie do państwa i chcą odzyskać choćby część oszczędności.
Ale banki są zamknięta, bankomaty puste, a i tak ustawiają się przed nimi kilometrowe kolejki.
Inflacja (wzrost cen) z każdym dniem przybiera na sile, a sklepowe półki zaczynają świecić pustkami.
Wizja paskudna i nie docierająca do świadomości, ale realna.

Najwięcej w kontekście drukowania pieniędzy mówi się o Europejskim Banku Centralnym, amerykańskiej Rezerwie Federalnej, choć inne kraje nie należą do świętoszków

A przecież świat nam się globalizuje i wystarczy jeden klocek, by całe domino się posypało.
Waluta, która jest oparta na standardzie złota może istnieć przez wieki. Żółtego kruszcu nie można wydrukować, nawet na 3D🙂

Pieniądz fiducjarny prędzej czy później umiera

Średni czas życia pieniądz fiducjarnego wynosi 39 lat.
39 lat średnio, a trzeba wiedzieć, że mamy kilka długowiecznych walut
Jedną z nich jest frank szwajcarski (CHF)
Waluta ta do 2000 roku miała (częściowe) oparcie w złocie.
Centralny Bank Szwajcarii musiał ustawowo przechowywać złoto o wartości 40% wyemitowanych pieniędzy.
Ta sytuacja stawała się… niebezpieczna, gdyż CHF zbyt mocno zyskiwał w stosunku do innych walut, więc parytet został zmniejszony.

Czy dziś mamy zaufanie do waluty i czy wierzymy politykom i ich obietnicom?

money

Anonimowo złota już wkrótce nie kupisz, ale…

Narodowy Bank Polski wydał zarządzenie zmuszające indywidualnych nabywców złota do podawania danych osobowych.

Odbiorcy indywidualni nabywający złote monety zobowiązani są do podania danych umożliwiających ich identyfikację – w szczególności:
– imienia, nazwiska
– numeru PESEL
głosi ustęp 4. pkt. 1. art. 1 uchwały zarządu NBP z dnia 23 czerwca 2016 roku.

bulion

Do tej pory wystarczyło mieć odpowiednią kwotę i nikt nikogo o nic nie pytał. Przynajmniej do kwoty 15 000 Euro.

Wkrótce nie będzie już tak słodko, nawet u prywatnych dilerów

Chcąc kupić złotą monetę, trzeba będzie podać imię i nazwisko oraz PESEL. Z tym, że jest to obostrzenie wynikające z ustawy o podatku VAT (zobowiązuje sprzedawców towarów zwolnionych z VAT-u do
prowadzenia ewidencji nabywców).

Furtka jak zwykle jest

Otóż sprzedawca nie ma prawa do wylegitymowania kupującego. Zatem musi uwierzyć, że dane przekazane mu przez klienta są prawdziwe. A weryfikować ich nie będzie, bo raz, że nie sposób, a dwa – specjalnie nie będzie mu na tym zależało.
Inaczej mówiąc – kupujący zawsze może podać fikcyjne imię, nazwisko i PESEL, a transakcje kupna-sprzedaży można sfinalizować. Kolejny bubel prawny.

Dane osobowe klientów będą przechowywane i przetwarzane przez NBP na potrzeby realizacji ustawowych obowiązków o charakterze ewidencyjnym.

Komu i do czego potrzebna informacja kto, kiedy, za ile i od kogo kupił złotą sztabkę lub monetę?
Czy w którymś momencie informacje te nie zostaną wykorzystywane przeciwko właścicielom żółtego kruszcu?
Czy obecne przymiarki się zapowiedzią tego, co czeka nas w przyszłości – rejestracji obrotu złotem?

A jeśli spółka nie płaci dywidendy…

Giełda to dla podmiotów gospodarczych (spółek) dodatkowe źródło pozyskiwania kapitału. Cena pozyskanego w ten sposób kapitału powinna być niższa niż w systemie bankowym. Czy tak jest obecnie, trudno powiedzieć, ale nie o tym chcę pisać.
Teoria mówi, że giełda umożliwia przepływ kapitału w kierunku najefektywniejszego (jego) wykorzystania. Czytaj – środki finansowe otrzyma ta spółka, która ma najlepsze perspektywy ich zagospodarowania i przyniesie największe zyski jej akcjonariuszom.

Skupmy się zatem na akcjonariuszach i ich potencjalnych zyskach w przyszłości

Gdybym zdecydował się wspomóc finansowo działalność gospodarczą, którą prowadzi np. mój znajomy, to w zamian oczekiwałbym proporcjonalnego udziału w przyszłych zyskach.
Drugą możliwością byłby zwrot zainwestowanych przeze mnie środków pieniężnych powiększonych o określony procent – ale tą opcją nie będę się zajmować.
Znajomy miałby szansę na finansową pomoc z mojej strony wtedy, gdybym ocenił jego ‚biznes’ pozytywnie, a jego szanse by wzrosły, gdyby już w chwili obecnej notował profity z prowadzonej przez siebie działalności.

Inwestując na giełdzie powinniśmy trzymać się podobnych zasad, ale czy tak jest?

brak

Czy spółki należycie wynagradzają tych, którzy zdecydowali się w nie zainwestować?
Część firm wypłaca większą lub mniejszą dywidendę, ale w wielu przypadkach kończy się na emisji akcji (pozyskaniu kapitału). Inwestor zrobił swoje, niech teraz siedzi cicho!
Pieniądze są przejadane, wyprowadzane, a w ‚najlepszym’ wypadku wypracowane zyski przeznaczane są na rozwój.

Ważną cechą jest przejrzystość, co oznacza, że każdy inwestor powinien być dokładnie poinformowany o wszystkim, co dzieje się w spółce

I choć na straży stoją powołane do tego instytucje, kluby inwestorów, to bywa z tym różne.
Pieniądze wyciekają z firm różnymi kanałami, a kluczowe informacje nie zawsze podawane są w terminie.

Jeśli spółka nie wypłaca dywidendy, a takich jest sporo, to inwestor może liczyć jedynie na wzrost kursu posiadanych akcji.
Czyli dokładnie tak samo, jakby zainwestował w towary, surowce czy waluty.
Lepiej jest nawet pomnażać kapitał, inwestując w zakłady bukmacherskie, gdzie panuje większa przejrzystość, dostęp do informacji jest lepszy, a pieniądze nie wyciekają bocznymi kanałami, jak to ma miejsce w przypadku wielu firm, poobstawianych spółkami córkami.

W dzisiejszych czasach oprocentowanie lokat jest na żenującym poziomie, bo wynosi ok. 2 procent rocznie

Inwestując 10 000 złotych możemy ‘zarobić’ 200 złotych w skali roku.
Wystarczy na tramwaj – jak mawia mój przyjaciel – by pojechać do banku i wrócić, zakładając lokatę, a po roku na ponowny przejazd w dwie strony, by zlikwidować ‘inwestycję’.
Mając 10 000 złotych wystarczy za 1/10 tej kwoty postawić zakład po kursie 1.20, a uzyskamy 200 złotych przy umiarkowanym ryzyku, bo ew. strata wyniesie 10%, czyli mniej więcej tyle, ile polska waluta straciła po Brexicie.

Jeśli spółka nie płaci dywidendy, to inwestowanie w nią jest czysto wirtualne

Można liczyć tylko i wyłącznie na wzrost kursu akcji. A kurs jak wiemy jest pochodną podaży i popytu. Ewentualne zyski wypracowane przez firmę mogą przełożyć się na wzrost cen akcji, ale wcale nie muszą. Bo co komu po tych zyskach, jak pójdą one ‘na rozwój’, a akcjonariusze pozostaną z niczym. Równie dobrze taka spółka mogłoby isnieć w 100% w wirtualnej przestrzeni, tylko od czasu do czasu księgowa pani Zosia przekazywałaby wyimaginowane raporty i wykazywała w nich zyski. Z punktu widzenia drobnego akcjonariusza różnica żadna.

Inwestowanie – pochwała prostoty

Często bywa tak, że inwestorzy starają się stosować bardzo wyszukane strategie czy wskaźniki, choć nie zawsze je rozumieją. Efekt tego jest jaki jest, czyli nijaki. Ale ‚trzeba’ udawać obeznanego inwestora być czuć się dowartościowanym, by przynależeć do określonej grupy…

prosto

A nie łatwiej zacząć od rzeczy prostych?

Flaki mi się przewracają, gdy zdarza mi się czytać przeróżne naukowe i ‘mondre’ wywody. Śmieszy mnie, gdy ktoś z gry na giełdzie usiłuje uczynić naukę, którą wystarczy opanować, by pławić się w luksusach. Tak nie jest, a jeśli ktoś ma inne zdanie i jest mądrzejszy, może ponieść dotkliwą karę, jak pewien ekonomista i manager, który pewnego dnia obudził się z debetem 2 milionów złotych na forexie, gdyż wydawało mu się, że Bank Szwajcarii będzie bronił kursu franka. (przypadek ten został opisany przez jeden z rodzimych portali).

Nie twierdzę, że umiejętności grania na giełdzie (czy u bukmacherów) nie należy podnosić, że nie należy wgryzać się w fachową literaturę, itd.

Przeciwnie – doświadczenie trzeba zdobywać, horyzonty poszerzać, swoją ścieżkę znaleźć, ale na litość – nie wolno czynić z gry dziedziny naukowej. Tu nie ma pewników!

Kiedy pracowałem jeszcze w biurze maklerskim, najskuteczniejszym inwestorem była prosta kobieta. Przychodziła od czasu do czasu, by coś kupić, czasem sprzedać. Obce jej były giełdowe terminy i procedury, a o strategiach nie miała pojęcia.

Oj, przepraszam – miała swoją prostą i skuteczną strategię, którą mi wyjawiła, gdy spytałem, czym kieruje się przy wyborze akcji.
– Kupuję tylko te akcje, które idą w górę
– Ale zawsze mogą spaść
– Jak idą w górę, to trzeba kupować, a jak zaczną spadać, to się sprzeda.
Koniec, kropka. Proste i logiczne.

Tak proste, że niektórym trudno to zrozumieć. Do tego stopnia, że wolą uprawiać własną ‘inwestycyjną matematykę wyższego rzędu’, z której nic nie wynika. Myślę, że gdyby pani Irena, bo tak miała na imię, nagrała własny webminar, to większość wykładowców, którym ‘się tylko wydaje’, mogłoby się sporo nauczyć.

Często spotkacie się z twierdzeniem, że niektóre akcje (walory) są drogie albo przeciwnie – tanie

Autorzy posługują się przy tym często wskaźnikami C/Z, C/WK, danymi historycznymi oraz wszelkiej maści ideologią, która ma tego dowodzić. Otóż na giełdzie nie ma ani tanich, ani drogich akcji. Jeśli coś dziś kosztuje 10 złotych, to nic nie stoi na przeszkodzie, by kosztowało 250 złotych. I odwrotnie. Akcja może dziś kosztować 250 złotych, by w przyszłości spaść do 10 zł. Przykładów jest bez liku ‘w tę i we w tę’ stronę.

Kto będzie mówił, że akcje są tanie?

Ten, kto je już posiada i chce sprzedać z zyskiem. Nikt z posiadaczy nie będzie przecież mówić, że dane akcje są drogie, bo w ten sposób nikogo nie zachęci się do kupna.
Natomiast ktoś kto nie ma akcji, ale chce je kupić, będzie mówić, że akcje są drogie. Ma to zniechęcić ich posiadaczy do trzymania, spowodować podaż i spadek cen.
Gracz neutralny, czyli taki, który nie ma akcji, ale też nie nosi się z zamiarem ich kupna, raczej nie będzie ferował ocen, tylko spokojnie obserwował rynek i czekał na okazje.

W ten sposób doszliśmy do drugiej prostej formy inwestowania

Nie kupuj, kiedy większość twierdzi, że akcje są tanie. Trzymaj akcje, gdy większość twierdzi, że jest drogo. Znaczące zwroty na rynku akcji mają miejsce wtedy, gdy zdecydowana większość uczestników gry się ich nie spodziewa.